poniedziałek, 28 września 2015

Powietrza

Czy ta przestrzeń miedzy nami to juz przepaść?
Asekuracyjne ściany by się trzymać. Kiedyś było tu powietrze.
Chwycić się czegokolwiek, złapać oddech jakikolwiek.
Maluje kreski i kładę linię, wyznaczam granicę.
Przynajmniej tak mi się wydawało.
Częściej się tu gubię. We mgle szukam orientacyjnych punków.
To nadal moja przestrzeń.
Tak. Dobrze ją znam.
Tylko kim ja w niej jestem?
Skoro takie ciężkie jest to powietrze.

sobota, 26 września 2015

Nie szkodzi



Odpuść, bo odpuścisz.
Na słowo wierzyć masz.

Nie jeden palec, a pięć.
Buduje Twoją dłoń.
Nie jedna ręka a dwie.
Narzędziem Twym są.
W dłoni tyle tylko co masz.
Linii papilarnych ślad.
Czy odwagę tam masz?
By być tu jak chcesz?
Czy życia długość znasz?
Gdy oni nie mają co jeść.
Odpuść, bo odpuścisz.
Na słowo wierzyć masz.

Tchnienia

Na wartość nie ma miejsca
Gdy handel nadzieją w agonii
nadzieją na cokolwiek zostało

Nie zupełnie rozumiem koniec

Gdy on lubi tańczyć tak jak ja

W oddechach szukam nieustannie
Proporcji zrównanej z wykorzystaniem
Każdej z możliwych szans

Czy jutro, gdy znowu otworzę oczy
Uda się uszczknąć dla siebie kawałek dnia?

Pytania


Zastał mnie dzień

Skulonego w pociągu
Sypiąc gruby śnieg
Przemówił do rozsądku
Ile prawdy jest?
Czy w żyłach płynie krew?
Dasz wiarę swą?
Opłaca się pod prąd?
Która drogą iść? 
Wątpliwości starannie
Wypłukują naiwności
Jak codzienne używki
Powodują nagłe skurcze 
I podłe drgania powiek.
Niedopuszczalne to jest
W środkach transportu
Gdzie dzielę z wami
Moją prywatną przestrzeń.
Wyidealizowana pustka
Czeka na zbawienie.
Kto zagra mesjasza?
Odprawi kłamstwem karmienie?

W chwilach umieranie

Co za zabawa
Co za niepokój
Kiedy tak czekasz
Kiedy się kręcisz

Tyle spamu wokół

Co za zabawa
Co za niepokój
I czekam na Ciebie,
I doczekać się nie mogę
Okrutny czas
zwalnia na przekór
Przyspieszy
Kiedy będę chciał zatrzymać
W garści każdą chwile z Tobą.

Pokora

Uwikłanie w zmartwychwstaniu
Wiecznie żywa pętla
Jak lęk przy śniadaniu
Gdy w puzzlach kolejna rozbita noc
Odkupienie amortyzuje każdy upadek
Najważniejsze podnieść się i wylizać się z ran.
Niech mówią co chcą i krzyczą co mogą
Ty głęboko czujesz i tak że zrobisz to znów.
Zmartwychwstanie....
Weźmiesz ciało do ust by móc zrobić to znów....
Uwikłanie
Gra pozorów
Odkupienie ....zmartwychwstanie...

Światło

Promieniujesz, rozchodzisz się na boki.
Nie chcę cię stracić
Kiedy spływasz po wieżowcach.
Ostatnim drgnieniem światła.
Zwrócony plecami do przodu.
Spojrzeniem chwytam twój koniec
Codziennie bywa ulotny jak życie
W rozchwianej publicznej przestrzeni.
Niezauważalnie znikasz, ja dławię się kolorami.
Nie lubię się żegnać, nie mówię cześć.
Nadzieją jest jutro, że oślepisz mnie tak samo.
Bym mógł znów zmrużyć zmęczone oczy.
Kąpiemy się w nocy czcząc pamięć o świetle zapisany w gwiazdach.

Ten moment

Urodziłem się w fabryce. Rodzimy się, jemy sramy umieramy. W między czasie kieszenie napychamy, dobrobytem wypychamy, całe buzie zapychamy. Ponad stan. Przekroczone wszelkie normy ile można wsadzić dziś do mordy. Ale co mi tam, każdy lubi mieć ponad stan. Więcej, więcej, ciągle więcej. Szkoda że mam tylko dwie ręce. Jednak nie wszędzie tak jest. Bo zwierząt na świecie jest coraz mniej. Wody w rzekach i drzew w lasach. Wolnej przestrzeni, bezpańskiej ziemi, niezbadanych głębin i można tak ciągnąć bez końca... Zapytać: Kiedy zgasną ostatnie gwiazdy te podobne do słońca?- Kiedyś. Jedno jest pewne w chwili tej, że o sobie wiemy najmniej.

Dryfujące ja

Tak szybko szybko jak tylko szybko się da.
Jak szybowce spływające z nad chmur.
Jak woda która nieustannie napływa
I wypełnia zagłębienia najgłębszych dziur.

Ja tu tylko tyleczko, przedostaje się, przedzieram.

Przepycham, odpycham, przeskakuje otwieram.

Wchodzę schodzę, czasem wjeżdżam. W górę, w dół.

Tylko na chwilę, na chwileczkę to tu to tam. 
Później szybko to samo. Bo wracam. 
To czas gdy jestem naprawdę sam. 

Zwalniam siadam. Lewituje. Oddycham, zastygam.

Gorąca 19sta mnie otula, jak gęsta ciecz. 
Nie wstaję nie wychodzę. I bardzo nienawidzę jak w nią wchodzą.
Butami, bez pytania nachalnie, prostacko. Ona jest moja i tylko moja.... 

Tylko moja upragniona ta jedyna chwila. Chwila kiedy wracam..... 
Najpiękniejsza.

Nie kradnij mi jej nie psuj, nie niszcz. Bo zabiję. Zapamiętam i przeklnę w pamięci......
Ja Płynę. Dryfuję, pulsuję, zastygam........
A woda napływa i wypełnia wypełnienia wszystkich dziur.

I zza słońca schodzą szybowce płynące z nad chmur

Wada


Nie zdarzą się rzeczy wyższe niż my. Pukający do bramy zawiłych wątpliwości. Kwitnący w strumieniu chwil. Dojrzewający wraz z wodą płynąca w nas. Spoglądający wstydliwie na pytania na które nie chcemy odpowiedzi. Przynajmniej nie teraz.

Wątpliwości


Od zarania zachwycały mnie gwiazdy, nie chciałem ich pojąć, chciałem oglądać jak mienią się nocą... napawałem się ich absolutem, nicością i nieskończonością. 
Tym, że być może widzę coś co już dawno nie istnieje. 
Przyszedł czas gdy opuściłem mój widnokrąg. 
Przemieszczając się do innego, umarłem.
 Przytłoczony mnogością gwiazd zrozumiałem jak mało ich widziałem.
 Po raz wtóry umarłem w przytłoczeniu nie zrozumienia i kolejny raz gdy próbowałem to nakreślić
 gdyż moja perspektywa mogła być ślepa.
 I tak w wątpliwości znalazłem mądrość.

On


Uwiedziony przez dziury w murach. Zawsze eksplodowały w nim potężne emocję kiedy patrzył przez taką. Stał długo i uśmiechał się. Naprawdę mógł tak długo. Odpowiadali że podobno widzi w tym wolność. Gdy ściany zasłaniają całą resztę, a on widzi tylko punkt. Podobno mówił że każda jest inna i budzi w nim co innego. I kiedy znalazł taką jaką chciał wlazł tam i już nigdy nikt go nie widział. Od tamtej pory nie ma tu dziur w murach, ale czasami o nich myślę.

Efekt halo

Centrala?? Sekwencja start. 5...4... 
Trzaski piski. Human już nie jest Human. 3.. Z ekranów leje się niebieski blask. 2... 1....


 Rusza czas. Pełno pary wbijającej się wokół. 
Megafon nadaję: Łamiący sygnał, komunikat: Human to nie Human. Już nie. Skończył na dnie. 
Jednostka społeczna, aspołeczna. Bez zdolności wylogowania. Hate *ON*. Psszzz

Trzask... Pszzz komunikat: 
Dehumanizacja postępująca. Odwraca oczy. Nie chce widzieć. Lepiej nie wiedzieć.
Do przodu. Progres. Realizacja w toku. !Uwaga! Human to nie Human.
 Bez zdolności bezinteresownej pomocy. Istota niegdyś społeczna. Komunikat przerwany. Kontakt zerwany. Trzszzszsz...

Komunikacyjna

Biegniesz? Dasz radę? Leniwa wilgoć błyszczy na chodnikach w świetle wieczornych latarń miasta. Biegniemy po niej. Wciągam chłodne wyraźnie jesienne powietrze, bez patosu. Eskalacji emocji brak. Światła na przejściu, czekamy. Jakieś twarze idące tak samo i na przeciwko. Autobus nadjeżdżający nadaje wszystkim ekspresowe tempo przechodzenia- pośpiech. Bez-emocjonalnie nie chce się nawet czekać. Wspólnie jedziemy. Zatrzymujemy się, ruszamy, stop, start- cyklicznie. Wysiadają, wsiadają. Z punktu do punktu po sznurku. Tu gadają, tam ryj w telefonie. Tu jak zombie w okno. Ten się do tamtej ślini, a ta na pokazie mody zapitala jak na defiladzie. Ja pitolę. Jedziemy. Przystanek kolejny punkt. Go go go. Lekki trucht bo pada. Metro. Fala ludzi w dół, fala w górę. Mijamy się. Jedziemy. Wszyscy w jednym kierunku. Centrum. Wysiadamy i po schodach siup. Pierwszy! Bez emocji i bez kondycji tchu brak. Kiedyś do Niej tak biegałem, teraz ja pitolę na pociąg. Odjechał? Spoko. Postoję tak jak oni stoją. Twarze. Niektóre znam z widzenia. Wieloletni ten sam kierunek jazdy. Jednak nie wnosi to nic. Zupełnie. Dzielimy wspólnie wkurwy na opóźnienie i przestrzeń peronu. Wspólne pełne politowania spojrzenia na nawalonych proroków wykrzykujących *życiowe*. Nie zbliża i tak i tak bo zaraz będzie walka o miejsca. Klasa ll siedząca i klasa Il stojąca. Biegniesz? Ja już siedzę i będę wg. komunikatu stał tu jeszcze 20min. Bo coś tam coś tam z pociągiem. I myślę. Że widzę twarze. Po prostu, mijam ich ciągle nic o nich nie wiem. Nie rozmawiamy. Mijamy się. Bez różnicy czy polskie, ukraińskie, bliskowschodnie, daleko zachodnie. Czarne-czerwone. Biało -zielone. To będą po prostu mijane twarze. Twarze. Posty to ołtarze.

W naszą stronę


Zatrzymałem się na chmurach, jak opadają na granatowym tle, zdobionym błyszczykami.

Oni szczerzą się w księżyc mrucząc wiersze o nienawiści powtarzane co rok.
Mogę Ci zdradzić w tym locie, że to przemoc tak słuchać, niezdarnie chwytliwych nut.
Beztrosko złudzone serca, one lubią pękać tu wpół.
Nabiją sobie tłumów, bo to orgazm dla mas.
Uciekajmy donikąd nawet i w noc, najlepiej już.
Ja nie chcę już widzieć, nie chcę już słuchać, próbować zrozumieć słów zdobionych nawet obcą krwią. 
Ja nie mogę, nie potrafię i nie chcę nawet już. 
Z goryczą na ustach spoglądać w ich ból. 
Bo boją się sami, maskując to gniewem, że nudno im samym nie wierzyć już w nic. 
Telefony z jabłkami, ekrany w w chuj cali i dildo ze stali, salony z mercedesami i innymi rarytasami.
Zostańmy tu sami, nie mówmy już nic.

Zachwianie postawy




I mówią publicznie o śmierci i głodzie tak jakby miłość nazwać po prostu zwykłym rżnięciem. Bo dla nich każde twoje uniesienie, będzie bliskie zimnego chodnika. I nie martw się, że leżąc mógłbyś przypadkowo wywołać niemałe zainteresowanie. Tu się takie rzeczy omija. Żyjąc wśród myszy, których lęk nazywany jest postawą. Udostępnionym zdaniem szytym na miarę.

Ocalenie


Jeszcze mogę trwać w oddaleniu.

Gdy na tafli uczuć unosi się nieposłuszeństwo oddechu.
Bo często nie rozróżniam słów zachwytu
od surowych błahych przekleństw.
Bo nie odróżniam się od niebytu tym że mogę.
Cokolwiek mogę jeśli zechcę.
I nie istotne czy zrozumiałe, czy niezrozumiałe jest to jeszcze. 
Bo w czasie trwam. 
Nie ma w nim zapomnienia. Jedynie patologiczna dewastacja. 
Skóra pęka w proch się obraca.
 To różne stany skupienia. 
Dalekie od ocalenia, a jego nie ma.

Promienie X


Prześwietlę cię promieniami X.
W końcu zobaczę czy masz jeszcze serce.
Wydawało mi się że juz dawno pękło.
Kiedy jechaliśmy nie wiadomo gdzie.

Jeszcze się lekko uśmiechamy,
Choć oczy zawieszone są w punkcie.
W promieniach x nie widać o czym myślę
Lecz widac jak serce ciągle bije.

Tu są kości naszych czasów
Wydaje mi się że
Możemy poukładać je
W odpowiedni sposób

Żeby móc spać spokojniej
Żeby móc spać spokojniej

Dopóki nie rozdarli tego miejsca na pół